Ilość produktów: 0

Wartość: 0.00zł

Na Krzywy ryj
 

   Jak daleko się posunął, by uniknąć obowiązkowej służby wojskowej?
   W jaki sposób zdobywał trawkę za komuny i dlaczego z imprez wracał polewaczkami?
   Czym zakończyła się przygoda z Doris i Kobrą w jednym z kultowych hoteli epoki PRL?

   Zabawny jak zawsze, szczery jak... rzadko. Andrzej Krzywy: człowiek-ikona.
   Lider De Mono, jednego z najpopularniejszych zespołów w „nowej Polsce", z
aprasza do świata, w którym główne role grają muzyka, zabawa i miłość.

 

 

 

 

Przeczytaj fragment książki:

    Andrzej i rodzina


Urodziłem się 5 marca 1964 roku w szpitalu na Madalińskiego w Warszawie…
    Nie żartuj. Tak chcesz zacząć książkę?
A czemu nie!
    Jesteś warszawiakiem.
Tak, w przeciwieństwie do rodziców. Ojciec pochodził ze Lwowa, z którego uciekał do Polski przed Niemcami i Ukraińcami. Matka urodziła się w Zbąszyniu w województwie lubuskim, będącym ostatnią stacją kolejową przed granicą z Niemcami. Dwa zupełnie różne rejony.
    Mówisz o rodzicach w czasie przeszłym…
Oboje już nie żyją.
    Jak się poznali?
Ojciec pojechał do Zbąszynia na obóz młodzieżowy. Tam poznał matkę, zakochali się w sobie… Był 1962 rok. Ojciec już wtedy mieszkał w Warszawie. Pracował w tzw. Zelosie, czyli fabryce kineskopów i telewizorów. A ponieważ był ambitny, a do tego zdolny, zakład postanowił go wyedukować. Najpierw poszedł do technikum energetycznego przy ul. Puławskiej 113.
    Mama przeprowadziła się do Warszawy
    czy utrzymywali związek na odległość?

Przeprowadziła się, ku utrapieniu całej rodziny, która została w Zbąszyniu. Ale – jak mówią – miłość i sraczka przychodzą znienacka. 5 marca przyszedł na świat Andrzejek. Pierwsze dwa lata mieszkaliśmy na rogu ulicy Odyńca i alei Niepodległości, tuż przy ogródku jordanowskim. Po dwóch latach urodził się mój brat Arek; wtedy przeprowadziliśmy się na Służewiec. Ojciec cały czas pracował w Zelosie, a matka była telefonistką. Podobnie zresztą jak w Zbąszyniu. W Warszawie dostała pracę, jak to się wówczas nazywało, w biurze numerów w centrali telefonicznej. Pamiętam, że nieraz chodziłem do mamy do pracy. Pracowała tam niemal do samej emerytury.

    Jaki jest ojciec w twoich wspomnieniach?
Był strasznie wymagający. I – jak już mówiłem – szalenie ambitny. Od siebie wymagał bardzo wiele i tyle samo od innych. We wszystkim, co robił, dążył do perfekcji.
    Był typem despoty?
Jak najbardziej. Pamiętam, że kiedy miał wrócić do domu, wybieraliśmy z bratem okruszki z dywanu, żeby nie było zadymy. Miał być porządek.
    Reżim.
W czystej postaci. Jak ojciec coś powiedział, to tak miało być. Nie jak dzisiaj, że dzieciaki zlewają polecenia. Jak coś się przeskrobało, miało się wybór – sznur od żelazka albo pasek od spodni.
    Co wybierałeś?
Wszyscy wybieraliśmy pasek, bo jako szerszy mniej bolał. Ojciec kazał pokazać dzienniczek ze stopniami. „U, niedobrze”. I na kolano. Arek miał lepiej, bo był młodszy. Poza tym wystarczyło, że przed laniem się rozpłakał i bywało, że ojciec mu darował. Ale ja „byłem twardy na robocie” i nie pękałem, więc w dupę dostawałem regularnie. Aż mi łza z bólu nieraz poszła.
    Arek to nie jedyne twoje rodzeństwo.
Ojciec marzył o córce. Miała mieć na imię Anna Maria. Stąd nasze imiona zaczynają się na „A”. Przełamanie męskiej passy nastąpiło dopiero po naszym młodszym bracie Tomku. Po nim na świat przyszła Ania. Ojciec był wtedy na ostatnim roku studiów.
    Skąd te studia?
Ojciec należał do partii. W pracy wysłali go na studia, żeby mógł podnieść kwalifikacje. To było dla niego niezwykle ważne, bo w tych czasach na studia mogli sobie pozwolić nieliczni, pochodzący z tzw. dobrych domów. Ojciec – za co go szanuję – naprawdę wierzył w tę ideologię.
    W socjalizm.
Tak. Był święcie przekonany, że na tym da się budować solidne państwo, którego obywatele są szczęśliwi. Nie był oczywiście w PZPR na żadnym eksponowanym stanowisku, nie był także aparatczykiem, który tylko kombinuje, co komu i jak załatwić.

    Co ojciec poszedł studiować?
Co zaskakujące, nie była to Politechnika, a Szkoła Wyższa Nauk Społecznych przy KC PZPR. W trakcie studiów wyprowadził się do akademika, żeby móc się w spokoju uczyć. W domu przy trójce dzieciaków o skupienie było niełatwo, więc męczyła się z nami matka. Raz na tydzień, w weekend, przyjeżdżał do nas.
    A odwiedzałeś ojca w akademiku?
Tak. Jechałem tramwajem i autobusem, a z powrotem taksówką, na którą dostawałem pieniądze.
Mieszkaliście w tym samym mieście…
Wiem, że wiele osób może tego nie pojmować. Zrozum jednak, że dla ojca priorytetem było kształcenie się, dzięki czemu mógł podnosić kwalifikacje zawodowe. Oboje z matką podjęli taką decyzję. Na szali leżała kariera ojca, a pamiętaj, że mówimy o czasach, kiedy nie tak łatwo było ją zrobić. I nie łatwo także było ukończyć studia. Ojciec był tak ambitny, że do indeksu „pozwolił” sobie wpisać tylko jedną trójkę, reszta to były same piątki.

    Z czego była trójka?
Z angielskiego. Z którym sobie kompletnie nie radził, bo za grosz nie miał talentu językowego. Pamiętam, jak chodził po pokoju, i liczył „one, two, three, four, five, six…”, a my z nim. Myśmy już to dawno umieli, a jemu jeszcze się pieprzyło. Studiów bronił w szpitalu, ponieważ zachorował, a niedługo potem zmarł. Nam mama powiedziała, że na nerki, chociaż ja uważam, że powodem były komplikacje po ranie w nodze, odniesionej jeszcze w czasie wojny.
    Zdążył z obroną?
Tak. Obronił się i zmarł. Pół roku przed śmiercią urodziła się Ania.
    Wymarzona córka.
Księżniczka, perła! Widział ją może ze trzy razy w życiu. Ania urodziła się w grudniu, a ojciec zmarł w lipcu. Zostaliśmy z matką sami.
    Jakąś zapomogę matka dostała?
A i owszem. Na rentę po ojcu czekaliśmy trzy lata.
    Dlaczego tak długo?
Nie mam pojęcia. Takie były czasy.
    Jak sobie radziliście?
Jak? Bida z nędzą. Pomidora matka kroiła w cienkie jak pergamin plasterki, żeby starczyło dla wszystkich. Nie chcę przez to powiedzieć, że głodowaliśmy. Jak człowiek był głodny, to sobie brał dokładkę z ziemniaków albo chleba i już.
    Mówiłeś kiedyś, że nie wyszedłeś z zamożnego domu.
Matka non stop tyrała, notorycznie nie było jej w domu, bo brała, co się dało. Wracała z centrali i zajmowała się repasacją pończoch. Bo kiedyś jak się zrobiła dziura w rajstopach, to nikt ich nie wyrzucał do kosza, tylko naprawiał. Przez tę pracę matce bardzo się pogorszył wzrok. Pieniądze z repasacji trzymała w kartonowym pudełku, razem ze wszystkimi przyborami. Miałem wtedy z pięć lat, ojciec jeszcze żył. Zasunąłem tę kasę i poszedłem kupić sobie zabawkę w kiosku. Matka ją zobaczyła i sprawa natychmiast wyszła na jaw. Strasznie po dupie dostałem. Największy wstyd był jednak wtedy, kiedy musiałem pójść do kiosku i zwrócić zakup.
Nie mogę powiedzieć, bym sam wychował siebie i jeszcze trójkę rodzeństwa. Wszystkim kierowała matka, ja zaś – jako ten najstarszy dzieciak – najwięcej jej pomagałem. Z dzieciństwa wyniosłem to, że jeżeli cokolwiek w życiu chcę mieć, muszę sam o to zadbać. Byliśmy bardzo szczęśliwą, kochającą się rodziną, niezwykle zżytą. Pomimo tych niedoborów, a bardzo możliwe, że właśnie dzięki nim. Matka umiała nas cudownie ze sobą zżyć.
    Opowiedz o okolicy, w której mieszkałeś.
W czasach, o których mówię, byłem już na tyle samodzielny, że bez opieki poruszałem się po całej Warszawie, autobusami czy tramwajami. Dziś dwudziestoletnie „dzieciaki” są przez starych wożone samochodami na zajęcia.
Okolica, w której mieszkaliśmy, czyli Służew, to był jeden wielki plac budowy, bo Warszawa niezwykle się wówczas rozbudowywała. Były tu również rejony zupełnie wiejskie – z chałupami, polami, zwierzętami… Organizowaliśmy bitwy pomiędzy poszczególnymi blokami, robiąc sobie tarcze i lance… Człowiek przychodził ze szkoły, rzucał torbę i szedł na podwórko. Do domu wracało się na film w telewizji albo program dla dzieciaków - było ich na lekarstwo. Chodziliśmy do siebie „po chałupach”, więc widziałem różnicę w statusie rodzin, gdzie jest jedno dziecko, a nami. To był kosmos.

    Docinali ci rówieśnicy?
Nie. Bo ja byłem lubiany. Wygadany, nie pękałem, kiedy innym się zdarzało. Poza tym zwykle bawiłem się z kolegami starszymi o dwa–trzy lata. Z nimi łaziłem po Służewcu, grałem w piłkę… Pamiętam sylwestra, byłem chyba w piątej klasie podstawówki, a ci moi koledzy ją kończyli. Mieli wino schowane w piwnicy [śmiech]. Dla mnie to była nie lada atrakcja, ponieważ w domu alkoholu się nie piło. Matka mi opowiadała zresztą, że ojciec raz w życiu się spił, na własnej studniówce. Był wtedy dorosłym facetem, bo technikum kończył wieczorowo, już przecież pracując. Efekt był taki, że wylądował w „żłobku”, czyli w izbie wytrzeźwień. Matka, pamiętam, zawsze się z tego strasznie śmiała.
    Co się wydarzyło w tej piwnicy?
Zeszliśmy do niej koło północy. Oni już wcześniej pociągnęli z butelki, którą mieli w domu, a mnie dali szklaneczkę. Ale ja jej nie ruszyłem, za młody byłem. Trudno tu zresztą mówić o jakimś mocniejszym alkoholu, bo to były słodkie wina, patykiem pisane. Ale szpan oczywiście był. No więc zbiegamy do tej piwnicy, hałasujemy jak cholera, bo to wino każdemu animuszu dodało.
 

 

Przeczytaj fragment książki:

 

PARTNERZY:

  • ISBN: 9788379452712
  • Format: 14,5 x 20,5 cm
  • Liczba stron: 288
  • Oprawa: twarda
  • Cena: 49,90 zł
  • Koszt przesyłki: 9 zł
  • Data premiery: 28.09.2016
  • Autor: Andrzej Krzywy
  • Wydawnictwo: Edipresse
cena: 49.90zł
Niedostępny jak zamówić?